Snuję się po mieszkaniu i szperam po kątach. Szukam słodkiej czarnej.
Wcale nie małej. Co mnie tak na tę czekoladę wzięło to nie wiem…coś z
cyklem nie halo czy jak? To nie to raczej, jeszcze nie ten czas…może po
prostu znajdę sobie zajęcie i
skupię uwagę na czymś innym niż potrzeba dosładzania sobie tego zimnego i
mokrego dnia…wiosna pewnie znowu w korku utknęła...:(
A może pisanie o czekoladzie swoistą terapią się stanie
i mi się odechce?
Już czas temu jakiś zastanawiałam
się czy czasem nie zrobić testów alergicznych pod kątem problemów z cerą i
wiedzą z dziada pradziada, że tego typu "skórne atrakcje" to od ilości pochłanianej
czekolady się biorą. Może jestem na nią po prostu uczulona. Doszłam
jednak do wniosku, że jeśli rzeczywiście tak jest, to posiadłszy tę wiedzę
stałabym się najnieszczęśliwszą osobą pod słońcem (bo MUSIAŁABYM jej unikać). A tak, żyjąc w nieświadomości i działając w granicach rozsądku
dawkuję sobie tę słodycz…no bo przecież nie dam rady zrobić czegoś czego nie
chcę, czyż nie? A moje motto JA NIC NIE MUSZĘ tylko mnie w tym utwierdza. No to siadłam przed komputerem i piszę. Może o czekoladzie w diecie...
Program Królów stosowałam
od czerwca 2012 i trwam w jego zaleceniach, mimo iż skończyłam w grudniu chyba. Widzę, że tu głównie o to chodzi, żeby zmienić swoje dotychczasowe nawyki żywieniowe i
nie katować się głodówkami i innymi takimi co dają efekt na chwilę. Zresztą głodzenie się i zbijanie wagi do
poziomu tak zwanej pergaminowej skórki powoduje nic innego jak zakwaszenie
organizmu. A ja tego nie chcę. Zmieniam się więc razem ze zmianą żywienia. Głodna nie chodzę, wyglądam chyba nie najgorzej
(2 rozmiary mniej :)) i to co jest najlepsze to energia, która mnie nie
opuszcza. I samopoczucie. Choć odnoszę nieodparte wrażenie, że tu jeszcze jeden wspomagacz zadziałał ;). Na szczęście dieta Królów nie każe mi walczyć z czekonałogiem, bo nie wyklucza czekolady - tym bardziej ją lubię :) Dopuszcza jednak tylko taką z zawartością 70% kakao i więcej. A przestawienie się na tę mniej słodką łatwe nie było. Tyle, że o ilości na jedno posiedzenie nie wspomina...a ja zawsze wytłumaczę sobie, że przecież nic takiego
się nie stanie jak zjem kawałek... i drugi…no a że w końcu cała tabliczka znika, cóż... Przynajmniej następnego dnia nie zjem, bo już jej nie będzie! Następnego dnia dla
równowagi zjem sałatę – zasadotwórczą – i mój organizm będzie happy!!! Albo
buraczki! Albo wody o podwyższonym pH wypiję więcej (bo taką mam!!!) i się odkwaszę. I zieloną herbatę :) Bo równowaga musi być.
www.programkrolow.pl
Przestań Kobieto o tej czekoladzie...Z czekoladą jest podobnie jak z ziewaniem...udziela się wszystkim...tylko, zaraz, chyba się zakręciłam, udziela się mówienie o niej, czy może chęć sięgnięcia po tabliczkę...?Jakby nie było, słodyczy, w jakiej by ona nie była postaci, nigdy za wiele. Tak jak z rzekomo naszymi "ciałkami" - Kochanego (czy nie kochanego) ciałka...Może jednak warto sięgnąć do tajemnej przestrzeni szafkowej w kuchni? Dobra, idę, niech Ci będzie...zjem kawałeczek...a wszystko przez Ciebie!
OdpowiedzUsuń70% na zdrowie tylko wyjdzie!!!i endorfiny uaktywni! smacznego! :)
OdpowiedzUsuń