Wielki Post sprawia, że boję się
chodzić na Mszę. Świat przepełniają złe wiadomości, z którymi spotykam się
jeśli nie osobiście to pośrednio przez media. A i w Kościele w tym czasie nie
odnajduję otuchy. W kazaniach występuje jedynie zastraszenie, napiętnowanie,
nadchodząca kara za to jak żyję. I oczywiście zastanawiam się skąd ten ksiądz
tyle o mnie wie? Wczoraj np. w parafii do której chadzamy zaczęły się
rekolekcje. Rozważania o grzechach, grzesznicach, grzesznikach i innych, którym
do szczęścia niebieskiego daleko, chyba że…
Przyszliśmy do kościoła jak co
niedzielę. Ludzi sporo. Msza zaczęła się małą procesją jak to w tej parafii w
tym czasie się dzieje. Wychodzą księża z zakrystii. Pierwszy - znam, drugi -
znam, trzeci – ależ przystojny! Przystojnych księży być nie powinno! Żeby grzesznych myśli nie wzbudzali :)!
Ale Ten jakiś taki jakby znajomy…jakieś poruszenie w mojej duszy wywołał, no i
dawaj, nijak na Mszy skoncentrować się nie mogłam…Ale nie, że jakieś we mnie
żądze wzbudzał, no to już by przegięcie było, ale Jego obecność zdecydowanie
wzbudziła me zainteresowanie i otoczyła aurą radosnego spokoju…
Myślę więc
sobie, czy ja Go przypadkiem nie znam…i tak mi coś świta…ale niby skąd…a może…tak,
oczywiście (swoje odkrycie zweryfikowałam w końcu podchodząc do Niego po Mszy –
no bo jakże mogłoby być inaczej i okazało się, że służył 5,6 lat temu w mojej
poprzedniej parafii. Te same uczucia wzbudzał we mnie tam. Może też dlatego
zmieniłam parafię? Bo wraz z Nim zniknęło ciepło, spokój i dobre światło. Na
dodatek częściej niż obecnie którykolwiek ksiądz, wysłuchiwał mojej spowiedzi
zwieńczonej hektolitrami łez w konfesjonale. Był dla mnie uosobieniem dobra i
to mnie tak bardzo rozwalało. Jest taki nadal. Może jakieś zauroczenie z mojej
strony to było, sama nie wiem, ale są ludzie którzy przyciągają mnie jak
magnes…i chcę się w to wciągać. Zanim wciągnęłam się na dobre wtedy, zadziałała
Opatrzność. Został przeniesiony do innej parafii. I dzięki Jej za to, bo są
decyzje, których nie potrafię podjąć sama. Lepiej jak ktoś mi wtedy pomoże…ale
widzę, że moja dusza zapamiętała tamte emocje. Dobre emocje.)
No i patrzę na Niego
z burzą myśli w głowie, słucham tego co czyta i mówi…jest poważny, wręcz
smutny, spokojny, nieśmiały – to odczytuję z tego co widzę…a co słyszę? Uogólniając
– „Jacy my podli jesteśmy, że grzeszymy…”i te cytaty z poezji Józefa Baki,
jezuity poety z XVII w. (mrocznej i to bardzo, jak dla mnie za bardzo) „Źle
żyjesz – zawyjesz” lub „Źle żyjesz – zgnijesz”…nic tylko się pochlastać.Cóż.
Daje to do myślenia. I temu ma zapewne służyć…przemyśleć trzeba wiele rzeczy…i
różne tematy…tylko czego się nie tknę to wygląda na to, że nie tak być
powinno…trudne to jest jak diabli i nie potrafię…i najgorsze, że przez te nasze
grzechy to cierpią inni w końcu…i dolinę powinnam mieć, że hej…ale nie mam, bo
jak TAKI ksiądz przekazuje co przekazuje to ja akurat sobie wszystko tak wytłumaczę i
przekombinuję, żeby nie było tak czarno. Pokoloruję tylko trochę pamiętając o
powadze sytuacji…obiecuję…i poprawić się spróbuję…Bo wiadomo, że zmartwienia i
troski zdrowia nie dodają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz