Na zajęciach z wypalenia zawodowego (
studia podyplomowe na WSNHiD…) dowiedziałam się, że jestem osobowością typu A,
co oznacza ni mniej ni więcej, żem ambitna, zdecydowana, lubiąca rywalizację
zawodową, działająca z powodzeniem na kilka frontów jednocześnie (w sensie
robienia kilku rzeczy na raz ;)), lubiąca konkrety, kontrolę, preferująca
działanie tu i teraz i nie potrafiąca korzystać z tzw. dolce far niente czyli
„nicnierobienia”.
I wychodzi na to, że jestem w grupie
podwyższonego ryzyka jeśli chodzi o podatność na stresssssssssss………. I znów jak
bumerang powraca mój ulubiony ostatnio „kwaśny” temat. Oprócz większości
produktów żywnościowych najmocniej zakwaszającym czynnikiem jest właśnie stres. Sprawia dezorganizację funkcji życiowych
czemu towarzyszy tworzenie się nadmiaru odpadów kwasowych. Odpady te zaburzają
pracę wszystkich organów, a w tkance mózgowej przyspieszają bezpowrotnie
obumieranie szarych komórek, a za tym idzie ograniczenie naszej sprawności
umysłowej…W związku z tym albo zacznę działać w kierunku odkwaszenia zawczasu
albo bez sensu te moje wszystkie studia i nauki…wizja syzyfowej pracy się
rysuje…
Dietę zmieniłam dla siebie w czerwcu ubiegłego
roku, nad zmianą przyzwyczajeń rodziny pracuję dość skutecznie i tylko jeszcze
nad potencjalnym stresem muszę zapanować. Otrzymałam niedawno maila od bardzo
dobrej koleżanki (w wersji angielskiej co prawda, ale zrozumiałam J),
a w nim życiową prawdę.
<Abstrahując od tematu, jakie to
niesamowite, że otaczają mnie ostatnio ludzie, którzy jakby wyczuwają czego mi
potrzeba…>
Przytoczę sens tej mądrości, otóż : Nad 10% tego co spotyka nas w życiu nie
jesteśmy w stanie zapanować, to się po prostu dzieje, jest gdzieś zapisane, tak
ma być i nie mamy na to wpływu, natomiast resztę – 90 % naszego życia
kształtuje to, jak na te 10% zareagujemy…i
podążając tą drogą zamierzam radzić sobie ze stresem! I z życiem! Piękne prawda?
Dzięki
Baśka!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz