Ale ja tam się zwieść nie dałam, bo plus mojego wystąpienia jest taki, że wywołałam radość i uśmiech w tę ich marną, pracującą sobotę. Wyjaśniłam oczywiście potem, nieco zwalniając i używając mniej kwiecistego języka (że też zapomniałam, że do facetów tak jak do dzieci trzeba...wprost i konkretnie i tylko w jednej sprawie na raz), że zastanawiałam się czy nie lepiej oddać jakiegoś konkretnego składnika krwi czyli osocza, płytek itp. I pierwsze rozczarowanie nadeszło po usłyszeniu " Krwiobus nie jest przystosowany do poboru składników krwi więc może Pani oddać jedynie 450ml klasycznie. Ale proszę się nie martwić, bo Pani krew zawsze się przyda"- cóż za wyczucie, ależ mnie podszedł psychologicznie :) Nie załamałam się więc i dawaj, wypełniam kwestionariusz...
Przemyślałam pytania dotyczące przygodnych kontaktów seksualnych, przeszłam dalej do chorób własnych i innych takich przeciwwskazań i doszłam do punktu o Chorobach zakaźnych, a konkretnie o kontakcie z osobami, które takowe przeszły. I tu zapaliło się moje sklerotyczne światełko, bo coś tak czułam, że o coś miałam zapytać zaraz na wejściu...Przecież moje dzieci mają ospę...No i się poddałam, bo na mur nie będę mogła oddać krwi. Ale Panom własne towarzystwo się chyba znudziło, bo jakoś tak mnie odwiedli od moich myśli, że niby dlaczego nie, przecież tego chyba we krwi nie ma (a gdzie niby he?), niech Pani siedzi i herbatkę pije, bo tam jeszcze dużo ludzi w busie czeka... No to siedzę i pytam: "Co Panowie tacy smutni jesteście? Słońce piękne świeci, wiosna za oknem (wiem, wiem przegięłam z tym akurat, bo za oknem dramaty zimowe...), a tu taka marna energia z Panów bije!". Odpowiedź: "Bo my tu od 4 w pracy jesteśmy. Nie ma się z czego cieszyć." A ja swoje: "To niech się Panowie cieszą, że chociaż pracę mają!" Odpowiedź: "Łatwo Pani powiedzieć, bo ma Pani dzisiaj wolne, a my tak od 4..." No to ja: "Fakt, mam się z czego cieszyć, bo zwiałam z domu i sprzątać nie muszę :) Tylko, że pomóc komuś chciałam, a przez tę ospę dzieciaków cienko dziś widzę moje krwiodawstwo..." Dopiłam okropną herbatkę i pomaszerowałam do krwiobusu. A tam oczywiście usłyszałam, że o oddaniu krwi mogę zapomnieć na miesiąc od momentu wyzdrowienia ostatniego trafionego... I nastało rozczarowanie nr 2.
I tak to się przygoda z moim honorowym krwiodawstwem zakończyła...Na dziś...Nie odpuszczę "wampirom" następnym razem! A najgorsze w tym wszystkim jest jeszcze to, że na ten ekwiwalent 10 czekolad liczyłam! Tak, tak! Czekoladoholizm pokutuje...I ani czekolad, ani nawet Grześka nie dali...hm...Poszłam do sklepu i kupiłam: 2 gorzkie (bo miałam plan upiec z tych zdobycznych Brownie), zjadłam Grześka, z premedytacją odstępując od zasad zdrowego żywienia i zrobiło mi się trochę lepiej. Zresztą co ja mogę poradzić na to, że tak się stało? Nic a nic. Jeszcze kilku mężczyznom radości dostarczyłam zarówno swoją obecnością i energią, jak i przedstawieniem dramatycznych treści z życia niedoszłego krwiodawcy... A usłyszeć taki śmiech jest naprawdę miło!!!
Brownie dochodzi w piekarniku i zaraz będę je jeść...czekolada jest najlepsza w przypadku odrzucenia! O jakiekolwiek odrzucenie by nie chodziło!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz