sobota, 6 kwietnia 2013

Jak mucha na ścianie...



         Jakbym taką zobaczyła to z pewnością zostałaby po niej błyskawicznie mokra plama (o ile moja reakcja nie jest spowolniona po zimie i zdążyłabym...). Choć może i bym się przez chwilę ucieszyła, że ją widzę bo to przecież też jakiś objaw wiosny....tylko że taki czarny i roznoszący zarazki, pfuj...

       Czasami, jak tak sobie rozmyślam o ludziach, tych mi bliższych i tych dalszych, to zastanawiam się na ile Oni są prawdziwi w swoich emocjach, zachowaniach, a na ile grają jakąś rolę. Bardzo cenię sobie szczerość i czasem wiem, że moja szczerość wobec świata może być nieakceptowalna. Ale nie narzucam się. Nie wszyscy są po prostu chętni, żeby usłyszeć to co myślę. Zresztą to nie jest tak, że moim celem i świadomym działaniem jest sprawienie komuś przykrości. Boże broń! Po prostu ja jestem jak otwarta księga, ktoś chce to o mnie wie, przeczyta wszystko i choć nie wiem czy to dobrze, na razie nie spotkałam nikogo kto wiedzę tą wykorzystałby przeciwko mnie. Ale bywa różnie. Jestem w stanie zrozumieć tych skrytych, bo być może po prostu są bardziej ostrożni. Ale ja ciekawa i niecierpliwa chcę bardziej, więcej i szybciej, a najlepiej natychmiast....uch!

            Czy drugiego człowieka możemy tak naprawdę poznać? Chyba tylko na tyle na ile On sam chce dać się poznać. A ludzie są tacy fascynujący!!! Ja chyba pomyliłam moją drogę "naukową", bo powinnam socjologię albo psychologię studiować...a może właśnie nie, bo jakbym taka wyedukowana w tym temacie była to może CZŁOWIEK przestałby mnie interesować? Bardzo ciekawi mnie czy ten Ktoś przy mnie zachowuje się tak samo jak przy innych, czy może w domu inaczej, czy to co mówi o sobie jest tylko taką REKLAMĄ a tak naprawdę czuje i postępuje całkowicie odwrotnie, ile w Nim zdolności aktorskich a ile prawdy i dlaczego jeśli nie jest, nie potrafi być sobą... Jasna sprawa, że chcemy być odbierani zarówno jako ludzie sukcesu i jako wspaniali członkowie rodziny i jako fantastyczni przyjaciele i w ogóle jako naj, naj, naj, ale po co? I dlaczego? Czy wtedy jesteśmy bardziej lubiani i o to chodzi? Czy chodzi o to, żeby inni nas chwalili czy nam zazdrościli? W kalendarzu, który dostałam od mojej bratowej :) zamieszczono słowa Paulo Coehlo, które dają szersze spojrzenie na popularne przysłowie "Przyjaciół nie poznajemy w biedzie, tylko po tym jak znoszą nasz sukces."

              A ja chciałabym być taką muchą (tylko taką sprytną, której nikt klapką nie ździeli) i odwiedzić kilka ścian i podpatrzeć tych co mnie interesują. Sprawdzić właśnie na ile są szczerzy, co ich gnębi, jak działają gdy są sami, czym się martwią, co ich boli i inne takie emocjonalne tajemnice. Nie chciałabym odkryć, że mnie okłamują...:( Nie obchodzi mnie co kto ma i ile chowa. Chciałabym ich poznać bardziej.
       Ale co ja bym zrobiła z tą wiedzą? Może łatwiej potrafiłabym zrozumieć siebie, może nauczyłabym się radzić sobie z własnymi demonami czy emocjami, może porównując siebie z kimś innym w konkretnym temacie, byłoby mi łatwiej uporać się z nim, a może pomoglibyśmy sobie razem... ludzie są wspaniali! Wciąż uczę się żeby nikogo nie oceniać tylko próbować zrozumieć, a bycie tą muchą by mi w tym troszkę pomogło.

          Arabello! Pożycz mi swój pierścień!!! :)

A może nie muchą a takim pięknym przezroczystym motylkiem...



Najgorzej to chyba będzie jak zrobią się z nas maszyny...jak już nikomu nie będzie zależeć na rozmowach, na spotkaniach, na wspólnym przeżywaniu i dzieleniu się chwilą, na emocjach...tylko jak te konie będziemy gnać z miejsca na miejsce bez chwili opamiętania...bez zatrzymania...bez zawieszenia...

piątek, 29 marca 2013

Pokusy...


     Czy po Świętach będę zmuszona zmienić garderoby na większą? Oby nie...
Nadszedł okrutny czas dla figury...
Może jednak można zrobić coś, żeby nie stracić tego co już mam? Nie zamierzam obejść się smakiem patrząc na te wszelkie wyśmienitości i znajdę złoty środek. Najem się nie zapominając o zdrowiu i o tym co już wypracowałam dla siebie. A plan będzie taki :

- chleba nie zjem, bo i po co się zapychać jak tyle pyszności do spróbowania...

- jajka - jak najbardziej, byle od zaprzyjaźnionej kury :)

- sałatki, tu zauważam problem, szczególnie gdy pojawia się majonez...a może da się zastąpić jogurtem? No niby zdrowiej, ale to nie ten smaczek....i tu trzeba trochę oszukać i zmieszać po połowie majonez i jogurt...jeśli oczywiście da się to zrobić samemu...bo jak pójdziemy "w gości" to już nie mamy wpływu na skład sałatki...

- mięsa - to i tak lepiej niż wędliny czy kiełbasy, bo po ostatnich doniesieniach telewizyjnych strach się bać! Teraz to nie wiem już nie tylko ile mięsa w wędlinie jest albo czy pokolorowana bądź "odzieleniona"została, ale też ile czasu i w jakich warunkach czekała, żeby na ten Wielkanocny stół trafić...
      A jeśli o mięsa chodzi, to wybieram jak najmniej świninki - bo czerwone mięso zakwasza...nie omieszkam spróbować cielęcinki (w ilości zdroworozsądkowej), ale prym będzie wiódł indyk w różnej postaci. A nadziewać go i rolować można różniście...

- sosik do mięska na zimno - to oczywiście coś z chrzanem, bo to super pobudzi trawienie. A jak nie to żurawinka albo taki super mam przepis (ale to mi na kaloryczne wygląda niestety, ale z drugiej strony to za wiele tego nie da się zjeść) znamienitej prof. Marceli Pruskiej na maśtykę do mięska (bo taka papka wychodzi ;)) 
    I dzielę się nim chętnie, choć ostrzegam przed podaniem dzieciom, bo zawiera nieco alkoholu! Ale to jest sedno tego czegoś!!!

             Twarożek, albo twaróg chudy (żeby nie było) i rozdziabdziać go widelcem
             1/2 filiżanki śmietany kwaśnej
             starty rokpol
             2 łyżki szczypiorku
             1 filiżanka drobniutko pokrojonych surowych pieczarek
             trochę ginu
             sól i pieprz do smaku


    Nie wiem dokładnie ile tego twarogu, rokpola i ginu - bo to tak na oko trzeba, żeby konsystencja całości taka luźno maśtykowa była :) Smak bardzo oryginalny i wyjątkowy! Eksperymentatorom w kwestii żywienia powinien sprawić miłą niespodziankę. Zresztą jest to świetny dodatek do krakersów, ale o "dobrym" wpływie krakersów na zdrowie nie będę się rozwijać...

- i zostają nam jakieś warzywka - na szczęście jest duże prawdopodobieństwo wystąpienia na Wielkanocnym stole buraczków lub ćwikły, więc dla równowagi kwasowo-zasadowej jest to przykład idealny. Ale jakiekolwiek warzywa by to nie były, to właśnie ich trzeba jeść najwięcej.

Zawsze zalecają umiar i spacery między posiłkami...tylko, że obserwując koszmar pogodowy, który trwa, trwa i końca nie widać myślę, że brnięcie w pośniegowym błocie zamiast dobrego samopoczucia, kataru może nam przysporzyć...

                                                                           





                   Niemniej wszystkim życzę
                WESOŁEGO ALLELUJA!

sobota, 23 marca 2013

Odrzucona...


...zostałam w RCKiK (Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa - dla tych co nigdy krwi nie oddawali...;)).

         Nie ukrywam TO BYŁ CIOS! Tak chciałam być pożyteczna, czuć się potrzebna, wręcz niezbędna, bohaterem chciałam być (takim cichym  i dla siebie, żeby się nad własną marnością nie użalać), pomóc komuś a tu klops. Wchodzę na miejsce akcji z mega uśmiechem, siedzi pięciu panów i zamiast radosnego "Witamy panią serdecznie! Właśnie na panią czekaliśmy! Super, że jest dziś pani z nami!" poczułam się jak w jakimś klubie tetryków! Burknięte "Dzień dobry, słucham!" nieco zbiło mnie z tropu, ale przecież wiem po co przyszłam. Mówię: "Dzień dobry! Chciałabym coś oddać ale nie wiem co bo właściwie musiałby mi Pan powiedzieć co jest najbardziej potrzebne, bo widzi Pan ja mam taką pospolitą grupę krwi, że przeglądając waszą stronę zauważyłam, że mojej krwi jest pod dostatkiem i właściwie to jestem otwarta na propozycje." - ilustrując, wypowiadałam to w tempie karabinu maszynowego. Pan spojrzał na mnie z lekkim zadziwieniem i rzekł wolno: "Toaleta jest tam." i reszta tetryków w śmiech...
             Ale ja tam się zwieść nie dałam, bo plus mojego wystąpienia jest taki, że wywołałam radość i uśmiech w tę ich marną, pracującą sobotę. Wyjaśniłam oczywiście potem, nieco zwalniając i używając mniej kwiecistego języka (że też zapomniałam, że do facetów tak jak do dzieci trzeba...wprost i konkretnie i tylko w jednej sprawie na raz), że zastanawiałam się czy nie lepiej oddać jakiegoś konkretnego składnika krwi czyli osocza, płytek itp. I pierwsze rozczarowanie nadeszło po usłyszeniu " Krwiobus nie jest przystosowany do poboru składników krwi więc może Pani oddać jedynie 450ml klasycznie. Ale proszę się nie martwić, bo Pani krew zawsze się przyda"- cóż za wyczucie, ależ mnie podszedł psychologicznie :) Nie załamałam się więc i dawaj, wypełniam kwestionariusz...
              Przemyślałam pytania dotyczące przygodnych kontaktów seksualnych, przeszłam dalej do chorób własnych i innych takich przeciwwskazań i doszłam do punktu o Chorobach zakaźnych, a konkretnie o kontakcie z osobami, które takowe przeszły. I tu zapaliło się moje sklerotyczne światełko, bo coś tak czułam, że o coś miałam zapytać zaraz na wejściu...Przecież moje dzieci mają ospę...No i się poddałam, bo na mur nie będę mogła oddać krwi. Ale Panom własne towarzystwo się chyba znudziło, bo jakoś tak mnie odwiedli od moich myśli, że niby dlaczego nie, przecież tego chyba we krwi nie ma (a gdzie niby he?), niech Pani siedzi i herbatkę pije, bo tam jeszcze dużo ludzi w busie czeka... No to siedzę i pytam: "Co Panowie tacy smutni jesteście? Słońce piękne świeci, wiosna za oknem (wiem, wiem przegięłam z tym akurat, bo za oknem dramaty zimowe...), a tu taka marna energia z Panów bije!". Odpowiedź: "Bo my tu od 4 w pracy jesteśmy. Nie ma się z czego cieszyć." A ja swoje: "To niech się Panowie cieszą, że chociaż pracę mają!" Odpowiedź: "Łatwo Pani powiedzieć, bo ma Pani dzisiaj wolne, a my tak od 4..." No to ja: "Fakt, mam się z czego cieszyć, bo zwiałam z domu i sprzątać nie muszę :) Tylko, że pomóc komuś chciałam, a przez tę ospę dzieciaków cienko dziś widzę moje krwiodawstwo..." Dopiłam okropną herbatkę i pomaszerowałam do krwiobusu. A tam oczywiście usłyszałam, że o oddaniu krwi mogę zapomnieć na miesiąc od momentu wyzdrowienia ostatniego trafionego... I nastało rozczarowanie nr 2.

       I tak to się przygoda z moim honorowym krwiodawstwem zakończyła...Na dziś...Nie odpuszczę "wampirom" następnym razem! A najgorsze w tym wszystkim jest jeszcze to, że na ten ekwiwalent 10 czekolad liczyłam! Tak, tak! Czekoladoholizm pokutuje...I ani czekolad, ani nawet Grześka nie dali...hm...Poszłam do sklepu i kupiłam: 2 gorzkie (bo miałam plan upiec z tych zdobycznych Brownie), zjadłam Grześka, z premedytacją odstępując od zasad zdrowego żywienia i zrobiło mi się trochę lepiej. Zresztą co ja mogę poradzić na to, że tak się stało? Nic a nic. Jeszcze kilku mężczyznom radości dostarczyłam zarówno swoją obecnością i energią, jak i przedstawieniem dramatycznych treści z życia niedoszłego krwiodawcy... A usłyszeć taki śmiech jest naprawdę miło!!!


        Brownie dochodzi w piekarniku i zaraz będę je jeść...czekolada jest najlepsza w przypadku odrzucenia! O jakiekolwiek odrzucenie by nie chodziło!!!

piątek, 22 marca 2013

PANTA RHEI

        Dzisiaj jest Światowy Dzień Wody ( i dodatkowo Dzień Ochrony Bałtyku!) 



        W DDTVN na ten temat wypowiadała się dziś pani dietetyk, która utwierdziła mnie w moich własnych poglądach dotyczących wody. Jakieś 6 miesięcy temu zaprzyjaźniłam się z osobami, które baczną uwagę zwracają na to co jedzą i piją i uczą innych jak się zdrowo odżywiać. Od tej pory sama zwracam uwagę na jakość wody jaką serwuję mojej rodzinie. W końcu jesteśmy tym co jemy (i pijemy). Oto co znalazłam:

          W naszym organizmie mamy ok.60% wody. Jest ona niezbędna do prawidłowego funkcjonowania organizmu.  Wypijana woda sprzyja prawidłowej pracy nerek, które filtrują wodę i wydalają z organizmu zbędne składniki przemiany materii. Ograniczenie wody w diecie może utrudnić pracę nerek, ponieważ zagęszczenie moczu sprzyja stanom zapalnym oraz tworzeniu się kamieni nerkowych. Woda faktycznie ma ogromny wpływ na prawidłowe nawilżenie stawów. Jest to szczególnie ważne dla osób starszych, które ze względu na małe pragnienie piją mniej wody, a w związku z tym dokuczają im bóle stawowe. Podczas choroby zwiększa się temperatura organizmu, a wtedy nasz organizm traci znaczne ilości wody. Szczególnie podczas choroby organizm intensyfikuje procesy wytwarzania przeciwciał do walki z chorobą. Podczas choroby można więc ograniczyć jedzenie, ale na pewno zwiększyć podaż płynów. A jeśli chodzi o kosmetykę? Dobry krem nawilżający działa na powierzchni skóry i nie ma możliwości przedostania się do jej głębszych warstw. Prawidłowe nawodnienie organizmu od wewnątrz daje prawidłowe nawilżenie i sprężystość skóry właściwej. 

            Woda pitna powinna zawierać przede wszystkim magnez i wapń, które stanowią o jej twardości, ale są niezwykle istotne dla ustroju człowieka. Niedobory tych pierwiastków w organizmie można uzupełniać właśnie poprzez spożycie wody bogatej w te substancje.  Woda podawana do sieci wodociągowej jest uzdatniana, to znaczy poddawana jest wielu procesom jej oczyszczania począwszy od filtracji z zanieczyszczeń mechanicznych przez koagulację i dezynfekcję . Przedsiębiorstwa Wodociągowo-Kanalizacyjne w ramach kontroli wewnętrznej prowadzą badania jakości wody dostarczanej konsumentom w celu oceny przydatności jej do spożycia. Związki wapnia i magnezu znajdują się także w pożywieniu, niemniej zawarte w wodzie są przez organizm przyswajane w znacznie większym stopniu, ponieważ są łatwo absorbowane w przewodzie pokarmowym.

            Podobnie jak w przypadku utrzymania stałej temperatury ciała wynoszącej 36,6°C tak i w przypadku wartości pH organizm usilnie stara się utrzymać jej prawidłową wartość. Współczynnik pH pozwala określić kwasowość lub zasadowość określonej substancji. Wartość współczynnika pH mierzy się w skali od 0 do 14. PH 7,0 uznawane jest za wartość neutralną (obojętną) przy czym wartości poniżej 7,0 są kwasowe a powyżej 7,0 zasadowe.
Podczas procesu przemiany materii organizm czerpie z pożywienia potrzebne składniki odżywcze, witaminy oraz minerały. Niespożytkowane części pokarmu zostają wydalone.Dostarczając organizmowi produkty zawierające białą mąkę, cukier, kiełbasy i żółte sery wątpliwej jakości dostarczamy mu dużej ilości kwasów. Na nieszczęście, kwasów nie da się po prostu wydalić, wpierw muszą one zostać zneutralizowane przy pomocy wapnia, potasu oraz magnezu. Te 3 niezbędne dla zdrowia minerały wykorzystywane na co dzień do podtrzymywania procesów i funkcji życiowych są wówczas trwonione na neutralizację groźnych dla zdrowia kwasów.
Pomimo zneutralizowania, kwasy nie mogą tak po prostu zostać wydalone przez nerki czy skórę więc zostają odkładane w organizmie. Oczyszczenie może nastąpić jedynie poprzez zmianę nawyków żywieniowych oczyszczające z toksyn. 

  A co robią kwasy w naszym organizmie?
  • Zapychają naczynia krwionośne prowadząc do nadciśnienia
  • Odkładają się w naczynkach siatkówki oka powodując znaczne pogorszenie wzroku
  • Zagnieżdżają się w cebulkach włosów powodując ich osłabienie
  • Powodują powstawanie kamieni nerkowych
  • Powodują ból stawów
  • Zagnieżdżają się w komórkach skóry przyspieszając jej starzenie i powstawanie cellulitu
  • Stwarzają idealne warunki dla bakterii, wirusów oraz grzybów
  • Osłabiają pracę układu odpornościowego czyniąc organizm podatnym na infekcje bakteryjne i wirusowe
Rozwiązaniem problemu nadmiernej kwasowości a co za tym idzie utrzymaniem trwałego zdrowia jest utrzymywanie wartości lekko zasadowych we krwi.

     Ja oczywiście wiem, że powyższe jest jasne dla każdego świadomego konsumenta, ale znam też sposób jak uzyskać równowagę kwasowo-zasadową! 
     Skoro o wodzie mowa to polecam (i naprawdę nie rozumiem jak można go jeszcze nie mieć) filtr grawitacyjny PiMag Waterfall firmy Nikken (w skrócie: oczyszcza wodę ze wszystkich atrakcji kanalizacyjnych, mineralizuje poprzez rozpuszczalne kamienie, zmienia pH wody na lekko alkaliczne)!



Albo rewelacyjną butelkę sportową PiMag Sport Bottle (tutaj prócz oczyszczenia mamy jeszcze podwyższone pH do nawet 9,5)! 


 
Mam to szczęście mieć obydwa i czuję się zrównoważona :) 
Choć zdaję sobie sprawę, że  co do mojej równowagi psychicznej i emocjonalnej można mieć jeszcze zastrzeżenia...ale PANTA RHEI i w końcu i tam mi dopłynie...:)

A gdybym była mężczyzną?

          Zastanawiałam się, bo mam niesamowicie dużo czasu na rozmyślania przemieszczając się z miejsca na miejsce komunikacją miejską, czy jakbym była facetem to byłoby mi lepiej. Oni nie mają tych wykańczających huśtawek emocjonalnych spowodowanych hormonami....w ogóle jakoś tak ich emocje są w większości przypadków ukryte, opanowane czy jak tam zwał...Chciałabym tak umieć, naprawdę! Podchodzić do życia zadaniowo, nie dać się ponieść emocjom, najlepiej wszystko brać na zimno i surowo, czasem niestety sportowo. A my, dusze romantyczne, poszukujące rycerzy, potrzebujące słów i zapewnień o sensie większości naszych działań...może nie powinnam tak uogólniać, bo przecież nie wiem czy inne kobiety też tak czują...
         

          Ja na ten przykład dałam dziś niesamowity popis niestabilności zachowań. Przeszło przeze mnie wszystko - od wątpliwości, rezygnacji, załamania, poprzez wściekłość, bezczelność i agresję, aż do morza łez, nadziei i w końcu uśmiechu. Już pomijam działania jakie podjęłam pod wpływem tych chwil. Jak w przeciągu 2 godzin można tyle przejść, a co ważniejsze przeżyć to chyba jedynie kobiety wiedzą. Coś jest nie tak z moim cyklem chyba...może szaman miał rację i już mam jakieś zmiany menopauzalne? Mój cykl to się chyba dzieli na napięcie przedmiesiączkowe, miesiączkowe i po miesiączkowe. Taki tryb ciągły... 
          Pójdę jutro oddać krew. Albo osocze (pewnie znów mi każą "Grześka" zjeść...;)) Dawniej medycy czy inni mędrcy upuszczali krwi pacjentom więc może i mi to pomoże...Tylko czy to na psychikę zadziała? Może ciśnienie mi spadnie :) i energia osłabnie...Jak ja mam wrzucić na luz? Proszę o przepis...
            Pozostaje mi jedynie chylić czoła przed każdym, który to wytrzymuje.

czwartek, 21 marca 2013

Oczywista oczywistość



           Jakiś czas temu, w sieci, natrafiłam na zdjęcie bardzo przystojnego faceta (taki wrrrrrrrr!!:)) Podpis pod zdjęciem głosił: „Faceci zakochują się w tym co widzą, kobiety w tym, co słyszą. Dlatego one się malują, a oni kłamią.” Przeraża mnie fakt, że to może być prawda...

   Że kobiety kochają słowa to wiem, bo też ich potrzebuję. Że kobiety potrafią wymyślać niestworzone historie to też wiem, bo walczę z tym moim scenopisarstwem jak lwica. Nic tak nie napędza mojej wyobraźni jak słowa, których nie słyszę. Pomijam te, które chciałabym usłyszeć…Bo jeśli chcę usłyszeć słowa i słyszę je w końcu to jaką mam pewność, że nie są one kłamstwem? Skoro mężczyźni kłamią, żeby dać nam to co chcemy usłyszeć…i jeśli słowa będące jak balsam dla duszy okazują się w końcu jedną wielką ściemą to po co mi to? Ale czy w tym momencie już nie mam wierzyć w żadne słowa czy wierzyć w to co dla mnie jest wygodne bez względu na ich prawdziwość? Przy mojej ufności do ludzi wymieszanej z nutką naiwności, założenie, że ktoś znaczący mnie okłamuje jest deprymujące. Lepiej nie mieć świadomości niektórych rzeczy…ale jak już ją mam to co z tym teraz zrobić? Żyć nadzieją, że słowa tego właśnie człowieka są prawdziwe? Że życie i tak to zweryfikuje i mogę, choć nie muszę, spotkać się z ogromnym rozczarowaniem? Już słyszę z tyłu głowy słowa:„Ty masz zdecydowanie za dużo czasu na myślenie. Przestań wymyślać.” Najlepiej nie robić nic i czekać na rozwój zdarzeń i broń Boże na cokolwiek liczyć...
       
             Pozostaje mi otoczyć się ludźmi, którym ufam, którzy mają tylko pozytywną energię i już samo myślenie o nich wywołuje ciepło w sercu i uśmiech na twarzy. Bo czy jeśli przestaniemy się do siebie odzywać to tak będzie lepiej? Psycha siądzie jak nic i zdrowie się posypie…to oczywiste :)


          I tu pojawia się ulubiony wykręt niektórych, ich suplement życia - OCZYWISTOŚĆ. Jeżeli komuś coś wydaje się oczywiste, to na jakiej podstawie sądzi, że dla innego też tak musi być? Pracuję z dziećmi. Dla nich nic nie jest oczywiste. Trzeba za każdym razem powtarzać i utwierdzać się w tym, że mój przekaz został zrozumiany. Niestety dorośli (tu: rodzice) czasem też potrzebują konkretnego komunikatu, dla mnie oczywistego, że np. do stroju baletowego córeczki na występy koniecznie należy wziąć baletki, bo w kaloszach niekoniecznie będzie wygodnie zatańczyć i dodatkowo wywołamy efekt odwrotny do zamierzonego (choć i tak należy cieszyć się, że w ogóle strój zabrali…i rajstopki pasujące:)) Może ze mną też jak z dzieckiem trzeba…choć ja naprawdę rozumiem co się do mnie mówi…czasem nadinterpretuję niektóre zdania, ale jestem otwarta na dialog...bardziej niż kiedykolwiek. I jeśli Ja Kobieta sygnalizuję brak czegoś (tu: słów pod różnymi postaciami) to znaczy, że mimo tego iż Tobie Mężczyzno odpowiedź oczywistą się być zdaje, to Ja potrzebuję tą Twoją OCZYWISTOŚĆ usłyszeć! Oczywiście jeśli Tobie Mężczyzno zależy...

OCZYWISTE dla mnie i dla każdego kto do mnie wpadnie jest to, że moje drugie dziecko ma ospę, a co za tym idzie będę cały przyszły tydzień siedzieć z Nim w domu i czasu na wymyślanie na pewno mi nie zabraknie!
OCZYWISTE dla mnie i dla wszystkich jest to, że zaczęła się wiosna, ale to kiedy się faktycznie pojawi już takie oczywiste nie jest…
OCZYWISTE jest, że najbrzydsza gąsienica przeobrazi się w pięknego motyla...i ona słów do tego nie potrzebuje ;)
OCZYWISTE jest to, że każdy kto zastosuje Program Królów i zmieni swoje żywienie wygra nowego siebie!
OCZYWISTE jest to, że cukier i biała mąka zakwaszają…
...

 
Ale temat uczuć, pragnień, emocji i wyobrażeń jest tak daleki od oczywistości jak to, że jutro obudzę się rano i zamiast śniegu zobaczę ukwieconą, wiosenną łąkę w pełnym słońcu!

Znam pewnego eksperta ds. OCZYWISTYCH OCZYWISTOŚCI jednak z oczywistych powodów nie ma On dla mnie czasu, nawet po to, żeby mi owe oczywistości objaśnił...
 

poniedziałek, 18 marca 2013

Być bardziej...



  
    Złapałam oddech! Jestem szczęśliwa! Nawdychałam się jodu, wiatr niemiłosiernie katował wszystkie mniej schowane części ciała, a i te bardziej schowane odczuły jego moc, słońce grzało, oczy łzawiły, mewy skrzeczały, zamarznięte muszelki czekały na wolność, plażę przykrywała warstwa zmrożonego śniegu, a i tak serce z radości biło jak szalone. Sopot…!

   
     Większego znaczenia dla mnie nie ma czy to kurort czy dziura zabita dechami, bo i tak to MORZE przyciąga mnie jak magnes! Morze i bezkresna przestrzeń…tego potrzebuję zawsze. Gdy tak stanę sobie na brzegu i patrzę w dal, przepełnia mnie nieopisana radość życia i wdzięczność za to, że mogę tego doświadczać. Podobno jestem stworzona do tego, aby być wolna. Nad morzem tak właśnie się czuję…WOLNA! 


          Dla mnie te chwile doświadczania energii morza są niezwykłe. Im bardziej dzikie i wzburzone tym lepiej. Myślę, że w dużym stopniu utożsamiam się z tym żywiołem. Teraz jestem na niesamowicie dynamicznym etapie życia, bardzo nastawionym na branie i czerpanie z Natury i z Ludzi. Podejście bardzo egocentryczne, ale czy tym kogoś krzywdzę? Nie sądzę…Nie chciałabym tego…Nie potrafię brać nie dając części siebie. Myślę, że dzięki wymianie energii na różnych płaszczyznach życia, z różnymi ludźmi i w różnych momentach ich ziemskiego bytu możemy być dla siebie niewyczerpanym źródłem doświadczeń. Chciałabym otaczać się tylko pozytywną energią. Wampirom energetycznym, chorobotwórczym i podcinającym skrzydła dziękuję bardzo. Nie chcę ich. Nie będę tracić czasu na maruderów, narzekaczy i użalaczy się nad własnym losem. Działanie jest tą formą, która kształtuje nasze JA. Nie będę czekać! Jest wiele wspaniałych osób, które na pewno wiedzą ile mi dają i jak bardzo im dziękuję za to, że są. Jest wiele rzeczy do zrobienia i spróbowania. Chcę doświadczać! Chcę brać, ale i dawać siebie. Poczucie, że jestem potrzebna, że ktoś cieszy się na spotkanie ze mną, że chce usłyszeć mój głos w słuchawce, czy choć przez chwile na mnie spojrzeć i uśmiechnąć się ot tak, to wciąż moje niedoścignione marzenie. Tu niepewność zbiera żniwo… Czasem z tyłu głowy czai się deprymująca myśl: Czy gdyby mnie nagle zabrakło to ktoś odczułby ten brak? Rodzina, to jasne, ale czy jeszcze ktoś? Mam wielką potrzebę bycia komuś potrzebna. Oddawanie krwi albo czekanie na telefon, bo może mój szpik okaże się dla kogoś szansą na życie to taka fizyczna potrzebność, w której się realizuję, ale mnie i o psychiczną troszkę chodzi…


           Po pół roku szarości chcę kolorów, ciepła i wiatru. Chcę poczuć jak moje życie budzi się ze snu zimowego i przenika mnie na wskroś. Potrzebuję jak nigdy smaku wiosny na ustach, dotyku słońca i radości przyrody. Marzę o tym żeby stanąć boso na łące albo położyć się na trawie i czerpiąc ziemską energię podziwiać kształty chmur wymalowane niewidzialną ręką Mistrza. Chcę być bardziej…




czwartek, 14 marca 2013

To wszystko dla zdrowia!



             Jestem po egzaminie…Kolejnym studiom podyplomowym mówię zdecydowane NIE!!! teraz czas na relaks. Wiosna nadchodzi, czas wziąć się za siebie, na masaż skoczyć, do kosmetyczki, może na fitness wreszcie będzie chwilka, rower odkurzę (na MPK zaoszczędzę i kondycję podreperuję) i dietę wzbogacę o nowalijki. Teraz jednak zapomnę na chwilę o kwasowości, zasadowości i nagrzeszę…potem wypiję ziółka Gonseen i się zrównoważę. Bo przecież nie zamierzam zadziałać destrukcyjnie na to co wypracowałam od czerwca :)


            Świętując zatem kolejny koniec lub początek, licho wie co, wybrałyśmy się z moją przyjaciółką Uleńką na kawę i ciacho…nie doszłyśmy jednak, bo o 9.40 w sobotę kiepsko z kafejkami…a właściwie dlaczego w Poznaniu nikt śniadaniowej knajpki nie założył jeszcze?....może to dobry pomysł na biznes? – tylko jakiś marketing by się zdało postudiować…NIE DZIĘKUJĘ, STUDIOWANIA DOŚĆ na jakiś czas ;) I tak nie znalazłszy miejsca na świętowanie, zdecydowałyśmy się na mały shopping (już słyszę głos z zaświatów, mojej kochanej Babci    –„ Jaki szoping, to już po prostu na zakupy nie możecie iść???” Tęsknię za Tobą Babciu!) Zaliczyłyśmy Stary Browar – buty, 2 bluzki, sezamki (na osłodę…muszę skonsultować to pod kątem zdrowej diety z panem Królem i żeby za parking mniej płacić-poznanianki...) i ruszyłyśmy na jakąś Rozprzedaż w Factory Outlet w Luboniu (bo Uleńka stwierdziła, że na pewno jeszcze jest!:))

...Słońce świeciło pięknie…moje wytęsknione…
      



                   


      I tak zamiast skorzystać z uroków natury skończyłyśmy na zakupach pozbywając się znacznej części pensji (bo po rozprzedaży zostały jednak jedynie wspomnienia). Obawiałam się trochę wiadomych problemów po powrocie do domu z torbami wypełnionymi niezbędnymi do osiągnięcia pełni mojego szczęścia artykułami. Do poprzednich zakupów doszły bowiem jeszcze: prezencik dla córci na urodziny, spora ilość bielizny (tu Uleńka poszalała) i spodnie. Jeszcze oscypki kupiłyśmy żeby nie było żeśmy egoistki i o rodzinkach nie myślimy…
        
               Dzięki Opatrzności, która czuwała nad nami nie zakwasiłyśmy swych organizmów kawą (fuj) i ciastkiem (fuj, fuj) więc prozdrowotnie postąpiłyśmy. A że konto się uszczupliło ździebko :) to przecież tylko dla równowagi! Psychicznej oczywiście! Więc też prozdrowotnie!

        A paradując przed rodzinką w nowej garderobie zamiast ochrzanu było „WOW!” więc i dla relacji w domu prozdrowotnie…

środa, 13 marca 2013

Czekolady!!!


            Snuję się po mieszkaniu i szperam po kątach. Szukam słodkiej czarnej. Wcale nie małej. Co mnie tak na tę czekoladę wzięło to nie wiem…coś z cyklem nie halo czy jak? To nie to raczej, jeszcze nie ten czas…może po prostu znajdę sobie zajęcie i skupię uwagę na czymś innym niż potrzeba dosładzania sobie tego zimnego i mokrego dnia…wiosna pewnie znowu w korku utknęła...:(          
A może pisanie o czekoladzie swoistą terapią się stanie i mi się odechce? 



             Już czas temu jakiś zastanawiałam się czy czasem nie zrobić testów alergicznych pod kątem problemów z cerą i wiedzą z dziada pradziada, że tego typu "skórne atrakcje" to od ilości pochłanianej czekolady się biorą. Może jestem na nią po prostu uczulona. Doszłam jednak do wniosku, że jeśli rzeczywiście tak jest, to posiadłszy tę wiedzę stałabym się najnieszczęśliwszą osobą pod słońcem (bo MUSIAŁABYM jej unikać). A tak, żyjąc w nieświadomości i działając w granicach rozsądku dawkuję sobie tę słodycz…no bo przecież nie dam rady zrobić czegoś czego nie chcę, czyż nie? A moje motto JA NIC NIE MUSZĘ tylko mnie w tym utwierdza. No to siadłam przed komputerem i piszę. Może o czekoladzie w diecie...
                Program Królów stosowałam od czerwca 2012 i trwam w jego zaleceniach, mimo iż skończyłam w grudniu chyba. Widzę, że tu głównie o to chodzi, żeby zmienić swoje dotychczasowe nawyki żywieniowe i nie katować się głodówkami i innymi takimi co dają efekt na chwilę. Zresztą głodzenie się i zbijanie wagi do poziomu tak zwanej pergaminowej skórki powoduje nic innego jak zakwaszenie organizmu. A ja tego nie chcę. Zmieniam się więc razem ze zmianą żywienia. Głodna nie chodzę, wyglądam chyba nie najgorzej (2 rozmiary mniej :)) i to co jest najlepsze to energia, która mnie nie opuszcza. I samopoczucie. Choć odnoszę nieodparte wrażenie, że tu jeszcze jeden wspomagacz zadziałał ;). Na szczęście dieta Królów nie każe mi walczyć z czekonałogiem, bo nie wyklucza czekolady - tym bardziej ją lubię :)  Dopuszcza jednak tylko taką z zawartością 70% kakao i więcej. A przestawienie się na tę mniej słodką łatwe nie było. Tyle, że o ilości na jedno posiedzenie nie wspomina...a ja zawsze wytłumaczę sobie, że przecież nic takiego się nie stanie jak zjem kawałek... i drugi…no a że w końcu cała tabliczka znika, cóż... Przynajmniej następnego dnia nie zjem, bo już jej nie będzie! Następnego dnia dla równowagi zjem sałatę – zasadotwórczą – i mój organizm będzie happy!!! Albo buraczki! Albo wody o podwyższonym pH wypiję więcej (bo taką mam!!!) i się odkwaszę. I zieloną herbatę :) Bo równowaga musi być. 

 www.programkrolow.pl

poniedziałek, 11 marca 2013

Król i ja

            
          
                  Znalezienie chwili, żeby zatrzymać się i zrobić coś dla siebie, dla przyjemności, no i dla zdrowia uznaję za kluczowe w natłoku trudnych spraw. Współczuję tym, którzy nie potrafią znaleźć choćby 30 minut na kawę i ciacho, aby odprężyć się i miło spędzić czas szczególnie wtedy gdy ktoś na nią zaprasza :). Trzeba dać sobie  szansę na relaks, a nie orać jak wół myśląc, że po 70-tce sobie odpocznę i może    choć książkę napiszę, bo na inne przyjemności to już sił nie będzie :) Trzeba się rozpieszczać samemu skoro nikt nas rozpieszczać nie chce i chwytać dzień!!! 



    
           Pierwsza połowa ubiegłego roku bogata była w wydatki na wszelkiego rodzaju zakupy grupowe w sieci. Szczególnie moją uwagę przyciągały oferty na zabiegi kosmetyczne i masaże. Miewałam takie sobie dołki psychiczne i dołeczki, czasem poważniejsze nawet i zauważyłam, że doskonale robi mi masaż. Oprócz tego, że rozluźnia mięśnie, wzmacnia i ujędrnia skórę, to również działa na mojego ducha pozytywnie. Przetestowałam zatem kilka miejsc i kilku masażystów ;) wszyscy bardzo profesjonalni – każdy masaż jednak był inny więc porównać nie mogę. Nie zrobili oni jednak na mnie takiego wrażenia żeby odwiedzić ich ponownie. A może nie tyle oni co ich masaże. Albo podejście do klienta… Z jedną tylko dziewczyną z tamtego okresu utrzymuję kontakt pozostając jej stałą klientką, a teraz też pokrewną duszą i naprawdę szczerze polecam jej masaże Lomi lomi nui. Nic nigdy nie działało na mnie tak fantastycznie jak Jej Lomi!!! Przepraszam tu p.Grzegorza, ale taka jest prawda. Kinga jest najlepsza! W Lomi oczywiście!




           A jak to było jak pierwszy raz trafiłam do p.Grzegorza Króla? Specjalnie to nie miałam sobie nic do zarzucenia jeśli o figurę chodzi. Wiadomo, że zawsze mogłaby być lepsza, ale na tamtą chwilę dla mnie była ok. Rozmiar 38/40 przy wzroście 175cm, tragedii nie ma. Był to chyba koniec maja. Do Studio Zdrowia to ja prawie nie trafiłabym gdyby nie mój strażnik-intuicja pilnująca, żebym nie straciła wydanych pieniędzy przez przegapienie terminu realizacji kuponu (bo p. Grzegorz też tej formy reklamy spróbował!) I oczywiście jestem intuicji ogromnie za to wdzięczna. To po prostu musiało się stać. Kupon dotyczył masażu całego ciała i porady żywieniowej. Ja oczywiście świadoma co jest zdrowe a co niekoniecznie szłam do gabinetu z przekonaniem, że porada polegać będzie na tym iż wszystko co lubię: kluski, placki, pierogi, sosiki, kanapki ozdabiane majonezem, ziemniaczki, frytki, pyzy i inne mączne pychotki oraz słodkości wszelkie- mam porzucić na rzecz zieleniny. Czy moje przekonanie było słuszne? 
        Oczywiście, że tak. Usłyszałam dokładnie to, na co byłam przygotowana. Spotkała mnie jednak też niespodzianka (co utwierdziło mnie tylko w niechęci do wszelkiego rodzaju niespodzianek). Usłyszałam bowiem zaraz na wejściu „No tak, widzę, że bioderka są…” – i ten ton użalający się nad moimi obfitościami, ton doświadczonego masażysty, który pewnie ze trzema tysiącami bioderek mniej lub bardziej otłuszczonymi obcował. Jakże mnie to zeźliło!!!! Trzymajcie mnie ludzie, bo nie wytrzymam i coś palnę. No i palnęłam „A co też Panu nie pasuje w moich biodrach?!?!” – mojego tonu nie będę opisywać i dalszej zażartej dyskusji o cellulitach, słodyczach, masażach, fitnessie i zdrowiu…ale zostałam, bo przekonał mnie swoimi argumentami, że warto się postarać i coś zmienić. Żeby było lepiej. I jest! A że ja nic nie muszę to widocznie po prostu chciałam :)

www.programkrolow.pl
www.studiozdrowia.pl

niedziela, 10 marca 2013

Reformy domowe



                Po prawie 10 latach małżeństwa mój mąż mnie bardzo zaskoczył! Bynajmniej nie kupił mi kwiatów bez okazji ani innego drobiazgu ( np. bransoletki Lilou :)), ale przyniósł do domu gazetę – miesięcznik "KiF Sport. Kulturystyka i fitness". Co w tym zaskakującego? Otóż właściwie nic, zważywszy że ostatnio jego mięśnie jakoś tak nabrały kształtu i siły (może choć po 10 latach mnie na rękach trochę ponosi…), ale…On to czasopismo kupił ze względu na mnie! I jego stosunkową taniość, bo tak jakoś wyszło, że pochodzimy z Poznania…cóż…

                   No i lawinę myśli to zdarzenie wywołało, bo nie wiem czy mojej sylwetce ma coś do zarzucenia, czy jakichś wałeczków się doszukał, czy sflaczałam i wymagam mięśniowej korekty, czy zaczął gustować w kulturystkach…w mojej głowie tysiące prawdopodobnych scenariuszy, a On podsuwa mi pod nos artykuł z działu Zdrowie „Ryzyko zakwaszenia organizmu”. I urósł w moich oczach, bo od tygodni trąbię o tym jak jemy a jak powinniśmy, co lepsze, co korzystniejsze dla zdrowia i żeby wreszcie pojął, że te kotlety z kurczaka to dlatego w panierce z otrębów orkiszowych robię, żeby jak najbardziej białą mąkę (tę z pysznej tartej bułeczki) z jadłospisu wyeliminować – właśnie dlatego, żeby się nie zakwaszać!!!
              
                  I jak mi ktoś powie, że mężczyzny nie można zreformować to mu za przykład podam powyższy! Oczywiście wiem, że jestem na początku drogi i że od słów i wiedzy teoretycznej do czynów i realizacji postanowień dotyczących zmiany diety jest daleko, to pierwszy krok został zrobiony! Artykuł przeczytaliśmy w tę i nazad i jeszcze raz i wybrane fragmenty kilka razy, aż dzisiejszy dzień stał się kluczowym pod kątem doboru składników żywieniowych do każdego z planowanych posiłków. I ja doskonale wiem dlaczego on wreszcie w tym temacie zaskoczył. Bo w gazecie napisali a ci to się na pewno znają, a że ja o tym gadam i gadam to pikuś. Ja to tylko żona jestem…ale liczy się efekt. 


 owoc_lemon_cytrynka.jpg 
 A cytryna wbrew pozorom nie zakwasza! Ma co prawda bardzo kwaśny smak, ale po strawieniu ma odczyn zasadowy. Na dodatek jest jednym z naturalnych leków stosowanych w kuracji nadkwasoty żołądka...I natury się trzymajmy!

Idąc tym tropem, ktoś z "kwaśną miną" może się okazać całkiem, całkiem słodki...:)













sobota, 9 marca 2013

Tajemniczy Mr O.





       Ferie…piękny czas…narty i białe szaleństwo…Mistrzyni stoku Bambino, to ja!!! A po nartach czas na regenerację. W hotelu sauna – podobno super sprawa…Idę! Pierwszy raz! Jak to ugryźć? Sprawdzam w necie …

            
       „od 8 do 15 minut w saunie, następnie schłodzić ciało w zimnej wodzie, osuszyć skórę, odpocząć, wypić ok.0,5l wody, powtórzyć cykl 3 razy i na zakończenie nawilżyć ciało balsamem…

                  Och, dam radę...połowa sukcesu to dobre nastawienie.

           Wszechobecna nagość w saunie wbrew pozorom nie powoduje mojego skrępowania…średnia wieku 55+, zaniżam ją, na szczęście...a co po niektóre spojrzenia łechcą moją próżność. W większości wyzwoleni i wyluzowani przyjaciele zza Odry. Udziela mi się ten stan, czyżbym stawała się naturystką?

            Gorąco…tropikalna wyspa a wokoło śnieg i mróz. Powoli czuję się jak lokomotywa Brzechwy …już ledwo sapie, już ledwo zipie…na szczęście gabaryty nie te…dam radę…. 1…2…3…koniec…Serce wraca do normalnego rytmu, oddech się uspokaja, a skóra jest tak przyjemnie miękka. W necie zalecali balsam nawilżający na zakończenie, tylko czy na pewno po takim saunowym oczyszczeniu mam ochotę zaserwować swojej skórze jakiś naszpikowany chemią krem? Niby to jakiś naturalny ekstrakt zawiera, a w rzeczywistości jedynie „aromat identyczny z naturalnym” – NIE MA MOWY!

          Na szczęście, z sobie tylko znanych powodów, zabrałam na wakacje mojego O. Miał być terapeutą w gorszych momentach psychicznych, a tymczasem doskonale sprawdził się jako...balsam do ciała :) Tak, tak, bo mój Mr O. to nic innego jak olej kokosowy! Pod wpływem ciepła moich dłoni, zazwyczaj pozostający w formie stałej, zmienił się zgodnie z nazwą w olej, który genialnie rozprowadza się na skórze. Czuję, że ją chłodzi , nawilża, może też trochę natłuszcza, ale o dziwo tylko ją – ubranie oszczędza. Działa też podobno antybakteryjnie, więc liczę na to, że potencjalnych skórnych lokatorów z mojej „tropikalnej wyspy” szlag jasny trafił. I ten zapach…doświadczenie bezcenne :)

 http://www.olejkokosowy.pl

A ponieważ tego związku nie zamierzam kończyć, chyba że jakiś następny "dobrze na mnie działający" się pojawi, to o wszelkich jego zaletach prozdrowotnych nie omieszkam informować.

 

piątek, 8 marca 2013

Nowy związek

        Czy to odwaga czy głupota żeby przyznawać się do nowego związku trwając w innym od kilku dobrych lat? To się zaraz okaże... Osoby, które mnie znają wiedzą, że potrafię być szczera aż do bólu a nieumiejętność ukrywania uczuć i emocji sprawia, że jestem otwartą księgą. Więc ujawniam kolejną moją tajemnicę...
        Z wiosną hormony szaleją, podobno. Moje szaleją jesienią. Myślę, że chcą pokolorować szarość listopadowej codzienności. Mam tak, że jak już się w coś angażuję to całą sobą. Nie lubię półśrodków. Chcę teraz, zaraz, natychmiast...no i zaczynają się schody. Chciałabym nauczyć się cierpliwości! Wychodzi osobowość typu A...

            Z O. poznał mnie przyjaciel. Nasz wspólny przyjaciel. Właściwie nasz pierwszy kontakt już można określić jako fizyczny. Było cudownie i doskonale. Dotyk O. na mojej skórze to doświadczenie bezcenne :). Jego zapach...hmmm, nie nastraja do pracy. Bynajmniej. Chce mi się plaży, słońca, morza. Chciałabym czuć go na sobie ciągle... tęsknię za nim. Szczególnie teraz gdy zamiast słońca za oknem śnieg...brrr...
                                 
  
Olej kokosowy całkowicie naturalny, tłoczony na zimno
                                   

             Szaleństwo zauroczenia i zakochania jest niesamowicie energetyzujące. I wyjaśnia się powoli dlaczego ostatnio jestem tak pozytywnie zakręcona? Również przez niego!!! Daje mi tyle przyjemności, radości, a i moje ciało na tym pięknie korzysta. Dobre uczucia to nie tylko duszę, ale i ciało potrafią uzdrowić. O. mi w tym pomaga. Bardzo jestem szczęśliwa, że go poznałam. Jak to w związku bywa pierwszy szał powoli mija, ale pojawia się nowe. Teraz poznajemy się "od środka". Jest równie cudownie. Mmm...z pewnością dobrze robi mi również tam gdzie go nie widać... Jest najlepszy, choć nigdy nie będzie tym jedynym. A jestem pewna, że jeszcze wiele dobrego skrywa w sobie. I da mi to, z pewnością!!! Będę odkrywać go wciąż i wciąż, aż mi się nie znudzi. Jedyny minus naszego związku jest taki, że strasznie szybko go wykańczam... Na szczęście nasz wspólny przyjaciel czuwa i sprawia, że jest ze mną wciąż ;)
      Byliśmy razem z O. na zimowych wakacjach...się działo...cudownie jest próbować i odkrywać siebie na nowo...wspomnienia wracają...napiszę o tym...

czwartek, 7 marca 2013

Stres = kwas



         Na zajęciach z wypalenia zawodowego ( studia podyplomowe na WSNHiD…) dowiedziałam się, że jestem osobowością typu A, co oznacza ni mniej ni więcej, żem ambitna, zdecydowana, lubiąca rywalizację zawodową, działająca z powodzeniem na kilka frontów jednocześnie (w sensie robienia kilku rzeczy na raz ;)), lubiąca konkrety, kontrolę, preferująca działanie tu i teraz i nie potrafiąca korzystać z tzw. dolce far niente czyli „nicnierobienia”.
         I wychodzi na to, że jestem w grupie podwyższonego ryzyka jeśli chodzi o podatność na stresssssssssss………. I znów jak bumerang powraca mój ulubiony ostatnio „kwaśny” temat. Oprócz większości produktów żywnościowych najmocniej zakwaszającym czynnikiem jest właśnie stres.  Sprawia dezorganizację funkcji życiowych czemu towarzyszy tworzenie się nadmiaru odpadów kwasowych. Odpady te zaburzają pracę wszystkich organów, a w tkance mózgowej przyspieszają bezpowrotnie obumieranie szarych komórek, a za tym idzie ograniczenie naszej sprawności umysłowej…W związku z tym albo zacznę działać w kierunku odkwaszenia zawczasu albo bez sensu te moje wszystkie studia i nauki…wizja syzyfowej pracy się rysuje…

          Dietę zmieniłam dla siebie w czerwcu ubiegłego roku, nad zmianą przyzwyczajeń rodziny pracuję dość skutecznie i tylko jeszcze nad potencjalnym stresem muszę zapanować. Otrzymałam niedawno maila od bardzo dobrej koleżanki (w wersji angielskiej co prawda, ale zrozumiałam J), a w nim życiową prawdę.
<Abstrahując od tematu, jakie to niesamowite, że otaczają mnie ostatnio ludzie, którzy jakby wyczuwają czego mi potrzeba…>
         Przytoczę sens tej mądrości, otóż : Nad 10% tego co spotyka nas w życiu nie jesteśmy w stanie zapanować, to się po prostu dzieje, jest gdzieś zapisane, tak ma być i nie mamy na to wpływu, natomiast resztę – 90 % naszego życia kształtuje  to, jak na te 10% zareagujemy…i podążając tą drogą zamierzam radzić sobie ze stresem! I z życiem! Piękne prawda?
   Dzięki Baśka!

wtorek, 5 marca 2013

Fantazje z przyciąganiem w tle...



            Wyszło słońce! Nareszcie! Niebo porozrywało się na dobre, widać błękitne dziury. Chciałabym wpaść w taką wolną przestrzeń i polecieć...tylko jak przyciąganie ziemskie wyłączyć? Pole magnetyczne ziemi słabnie, mówią…to chyba źle…KONIECZNIE TRZEBA SIĘ DOŁADOWAĆ! Ale Matka Ziemia wciąż każe nam po sobie chodzić. Stawiać mocne kroki, iść do przodu, dumnie kroczyć i rozsądnie. A kto wydał zakaz chodzenia z głową w chmurach? I na jakiej podstawie? Czy jakiś kodeks jest spisany czy jak? Ciągle tylko „zejdź na ziemię!”, „spójrz realnie”, „przestań wreszcie bujać w obłokach”…. Bo co?

                  http://www.youtube.com/watch?v=vPpp8ubhxz0 

          Nie wiem czy to nagroda czy przekleństwo, ale posiadłam wyjątkową zdolność ubarwiania życia. Bynajmniej, ani malarstwem artystycznym ani pokojowym się nie zajmuję. Ubarwiam je sobie myślami. Ale jeśli ktokolwiek spodziewa się, że właśnie ma do czynienia z filozofem (choć obecnie to z filozofką należałoby powiedzieć co by którejś prawdziwej nie obrazić) to jest w błędzie. Żadnych odkryć nie poczyniłam niestety, choć bardzo chciałabym się czymś przysłużyć ludzkości. Raczej scenarzystką jestem, scenarzystką własnego życia a raczej życia, które byłoby fajniejsze gdyby choć w malutkiej części zechciało dopasować się do tworów mojej wyobraźni. A reżyser wciąż na urlopie. I wymyślam…zastanawiam się czy to już jakaś choroba nie jest, może czas zajrzeć do specjalisty?

            Pewien mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że ja to chyba mam za dużo czasu na myślenie i stąd biorą się moje huśtawki nastrojów, bo jak już coś wymyślę to gubię się między światem realnym a wyimaginowanym i tworzą mi się tak dalekie od prawdy wizje, że trudno ze mną wytrzymać. I wtedy to co mówię lub piszę i co zdarza się być nieprawdą, może kogoś ranić.  Chodziło mu oczywiście o to, że zamiast słuchać, patrzeć i czytać drugiego człowieka, realnej postaci tu i teraz, tak zakręcam się wokół wymyślonych treści o tej osobie, że nie ma szans na to ażeby dać coś sobie wytłumaczyć. Racja, bo wkręcanie się i nakręcanie na dany temat doprowadza mnie do niezłej bujanki emocjonalnej…jestem w tym niepisaną specjalistką…tylko co ja mam robić żeby tego nie robić?

             Łatwo jest upiększyć kogoś w swej fantazji. Jednak walnięcie głową o beton boli, gdy okazuje się że jedyne co łączy pięknego, srebrnego rycerza, o nienagannych manierach i wielbiącego ziemię po której stąpasz Ty, piękna brunetka- żeby nie było stereotypowo- z tym naszym realnym to np. zbroja, bo ten realny, istna konserwa, zakuta pała, reformowalny nie jest… Ale obrzydzić sobie tego kogoś wydawać by się mogło zdrowsze z uwagi na to, że jest szansa na jakieś światełko w tunelu, że może okaże się inny, lepszy i taka niespodzianka ubarwi nasz Real…takie "pozytywne rozczarowanie"...Tylko że ja, cytując klasyka Marudę ze Smerfów NIE CIERPIĘ NIESPODZIANEK!!!
             Za to uwielbiam rycerzy, a i monarchia jest niezwykle ekscytująca…

poniedziałek, 4 marca 2013

Ksiądz nie powinien być przystojny...



          Wielki Post sprawia, że boję się chodzić na Mszę. Świat przepełniają złe wiadomości, z którymi spotykam się jeśli nie osobiście to pośrednio przez media. A i w Kościele w tym czasie nie odnajduję otuchy. W kazaniach występuje jedynie zastraszenie, napiętnowanie, nadchodząca kara za to jak żyję. I oczywiście zastanawiam się skąd ten ksiądz tyle o mnie wie? Wczoraj np. w parafii do której chadzamy zaczęły się rekolekcje. Rozważania o grzechach, grzesznicach, grzesznikach i innych, którym do szczęścia niebieskiego daleko, chyba że…

        Przyszliśmy do kościoła jak co niedzielę. Ludzi sporo. Msza zaczęła się małą procesją jak to w tej parafii w tym czasie się dzieje. Wychodzą księża z zakrystii. Pierwszy - znam, drugi - znam, trzeci – ależ przystojny! Przystojnych księży być nie powinno! Żeby  grzesznych myśli nie wzbudzali :)! Ale Ten jakiś taki jakby znajomy…jakieś poruszenie w mojej duszy wywołał, no i dawaj, nijak na Mszy skoncentrować się nie mogłam…Ale nie, że jakieś we mnie żądze wzbudzał, no to już by przegięcie było, ale Jego obecność zdecydowanie wzbudziła me zainteresowanie i otoczyła aurą radosnego spokoju…
              Myślę więc sobie, czy ja Go przypadkiem nie znam…i tak mi coś świta…ale niby skąd…a może…tak, oczywiście (swoje odkrycie zweryfikowałam w końcu podchodząc do Niego po Mszy – no bo jakże mogłoby być inaczej i okazało się, że służył 5,6 lat temu w mojej poprzedniej parafii. Te same uczucia wzbudzał we mnie tam. Może też dlatego zmieniłam parafię? Bo wraz z Nim zniknęło ciepło, spokój i dobre światło. Na dodatek częściej niż obecnie którykolwiek ksiądz, wysłuchiwał mojej spowiedzi zwieńczonej hektolitrami łez w konfesjonale. Był dla mnie uosobieniem dobra i to mnie tak bardzo rozwalało. Jest taki nadal. Może jakieś zauroczenie z mojej strony to było, sama nie wiem, ale są ludzie którzy przyciągają mnie jak magnes…i chcę się w to wciągać. Zanim wciągnęłam się na dobre wtedy, zadziałała Opatrzność. Został przeniesiony do innej parafii. I dzięki Jej za to, bo są decyzje, których nie potrafię podjąć sama. Lepiej jak ktoś mi wtedy pomoże…ale widzę, że moja dusza zapamiętała tamte emocje. Dobre emocje.) 

            No i patrzę na Niego z burzą myśli w głowie, słucham tego co czyta i mówi…jest poważny, wręcz smutny, spokojny, nieśmiały – to odczytuję z tego co widzę…a co słyszę? Uogólniając – „Jacy my podli jesteśmy, że grzeszymy…”i te cytaty z poezji Józefa Baki, jezuity poety z XVII w. (mrocznej i to bardzo, jak dla mnie za bardzo) „Źle żyjesz – zawyjesz” lub „Źle żyjesz – zgnijesz”…nic tylko się pochlastać.Cóż. Daje to do myślenia. I temu ma zapewne służyć…przemyśleć trzeba wiele rzeczy…i różne tematy…tylko czego się nie tknę to wygląda na to, że nie tak być powinno…trudne to jest jak diabli i nie potrafię…i najgorsze, że przez te nasze grzechy to cierpią inni w końcu…i dolinę powinnam mieć, że hej…ale nie mam, bo jak TAKI ksiądz przekazuje co przekazuje to ja akurat sobie wszystko tak wytłumaczę i przekombinuję, żeby nie było tak czarno. Pokoloruję tylko trochę pamiętając o powadze sytuacji…obiecuję…i poprawić się spróbuję…Bo wiadomo, że zmartwienia i troski zdrowia nie dodają.